Szkoła rodzenia – fanaberia czy potrzeba?

1 / 100

Wydawać by się mogło, że rodzenie jest czymś tak naturalnym, jak choćby oddychanie. Nikogo nie trzeba uczyć, jak to robić, a już na pewno nikt nie zrobi Szkoły Oddychania. Oddychać każdy potrafi. Nabrać powietrza i wypuścić – wydaje się, że żadna filozofia.

Tymczasem zarówno oddechu, jak i rodzenia, a nawet jedzenia można się obecnie uczyć na różnego rodzaju kursach, warsztatach, czy w szkołach. Dlaczego?

Jean Liedloff przekonuje, że współczesny człowiek na tyle zerwał kontakt ze swoją intuicją i instynktem, że utracił wręcz zdolność do wychowywania i właściwiej dla naszego gatunku opiece nad dziećmi. Rosnąca oferta dotycząca właściwego żywienia, czy oddychania potwierdza tą tezę o wyobcowaniu naszego gatunku z pierwotnych odruchów. Obserwacja ta jest bardzo pesymistyczna, i miejmy nadzieje że nie jest tak źle, ale faktem jest, że młodej mamie w wielkim mieście brakuje grupy wsparcia, jej własny poród jest pierwszym jaki przeżywa, a własny noworodek to pierwsze dziecko jakie trzyma w ramionach. U naszych przodków rolę szkoły rodzenia spełniała, więc społeczność i wielopokoleniowa rodzina. Wiedzę na temat porodu, opieki nad małym dzieckiem przyszli rodzice dostawali automatycznie, razem z nauką mowy, czy reguł panujących w społeczności.

Dzisiaj kiedy przekaz pokoleniowy szwankuje, kolejne pokolenie dzieci rodzi się w sterylnym szpitalu, istnieje mała szansa uzyskania tej wiedzy od najbliższych – matki czy teściowej. A kto nie wie, ten się powinien nauczyć, a najlepiej uczy się w szkole.

Kiedy podczas zajęć o porodzie pada pytanie „Jak państwo wyobrażają sobie poród?” – pada odpowiedź – to krwawa jatka, ból, krzyk, białe ręczniki – bardzo filmowe i przerażające. Tymczasem sam proces porodu jest zazwyczaj znacznie spokojniejszy, mniej spektakularny i posiadając rzeczową wiedzę, można się do niego przygotować. W większości szkół rodzenia dowiedzieć się można o fazach porodu, metodach łagodzenia bólu porodowego, a także o tym jakie on pełni funkcje. Wiele czasu poświęca się też opiece nad noworodkiem – zaczynając od wyglądu dziecka po urodzeniu (filmowe noworodki zazwyczaj mają kilka miesięcy), a kończąc na karmieniu, które chociaż bardzo naturalne i intuicyjne, może sprawiać wiele trudności.

Dodatkowym wielkim atutem pójścia do szkoły rodzenia jest możliwość spotkania innym przyszłych rodziców. Często okazuje się, że pary oczekujące dziecka mają podobne wątpliwości, lęki i potrzebują wymiany informacji. Taka grupa wsparcia w przełomowym momencie życia jest nieoceniona.

Dziecko rodzi się bez instrukcji obsługi, ale każdy człowiek jak pisze Eveline Kirkilionis ma wdrukowany intuicyjny program rodzicielski. Jest to ewolucyjne i biologiczne przystosowanie konieczne do przetrwania gatunku. Ale żeby w to uwierzyć trzeba dowiedzieć się jak najwięcej o własnym ciele i tym jak od strony biologii jesteśmy przystosowani do porodu i bycia rodzicami.

Czy szkoła rodzenia jest więc nowomodną fanaberią? Wydaje mi się, że raczej jest wyrazem troski i odpowiedzialności rodziców, którzy czują że rodzicielstwo jest dla nich wielką i dość przerażającą niewiadomą.

Czasem jest tak, że młoda mama nie ma możliwości pójścia do szkoły rodzenia. Niestety dość często zdarza się, że czas w którym najczęściej szkoły przyjmują przyszłych rodziców na kurs trzeba przeleżeć w domu, aby zmniejszyć ryzyko przedwczesnego porodu. W takiej sytuacji pomocne mogą być indywidualne spotkania z doulą – kobietą, która chociaż nie jest położną, ma dużą wiedzę o porodzie i tym jak wspierać matkę w tym wydarzeniu. Szczególnie w przypadku ciąży zagrożonej ważna jest rozmowa o wszelkich trudnościach i lękach dotyczących mającego pojawić się dziecka.

Kiedy mamy już konkretną wiedzę, czujemy się bardziej kompetentni i spokojni – a taki właśnie człowiek ma największy dostęp do swojej wewnętrznej mądrości – intuicyjnego programu, o którym pisała w książce „Więź daje siłę” Eveline Kirkilionis.