Czterdzieści lat w branży beauty to nie tylko imponujący jubileusz, ale przede wszystkim historia konsekwencji, odwagi i wierności wartościom. Marka BANDI, która zaczynała jako niewielkie, rodzinne przedsięwzięcie, dziś jest rozpoznawalnym producentem profesjonalnych kosmetyków, obecnym w gabinetach kosmetologicznych i dermatologicznych w całej Polsce. Jej rozwój to opowieść o pasji do nauki, odpowiedzialności za skórę klientów oraz o budowaniu marki krok po kroku – bez pośpiechu, za to z ogromną dbałością o jakość.
O tym, jak wyglądała droga od pierwszych receptur tworzonych w zupełnie innych realiach rynkowych do współczesnej, dojrzałej organizacji, rozmawiamy z Joanną Draniak-Kicińską, dyrektor ds. rozwoju strategicznego BANDI Cosmetics. W rozmowie wracamy do początków firmy, rodzinnej historii stojącej za marką oraz do momentów, które ukształtowały jej filozofię. Pytamy także o zmieniający się rynek kosmetyczny, znaczenie jakości w czasach szybkich trendów oraz o to, co dziś najbardziej inspiruje do dalszego rozwoju.
![]()
- Marka BANDI obchodzi w tym roku 40-lecie. Jakie emocje towarzyszą Pani, gdy patrzy Pani na tę drogę z perspektywy czterech dekad?
Czterdzieści lat brzmi imponująco, ale tak naprawdę mogę sobie „przypisać” dwadzieścia. Pierwsze dwie dekady to historia mojej mamy – jej odwagi, determinacji i emocji, z którymi musiała mierzyć się w zupełnie innych realiach. To ona budowała markę od zera.
Z mojej perspektywy najważniejsze jest to, że udało mi się tę historię kontynuować. Nie zgubiliśmy wartości, które dla mojej mamy były fundamentem – jakości i rzetelności. Czuję ogromną dumę, że pomysł sprzed lat nie tylko przetrwał, ale mógł się dalej rozwijać.
Ogromną wdzięczność czuję też wobec ludzi. Kiedy przejmowałam firmę, pracowało w niej sześć osób. Dziś to ponad sto. Budowanie zespołu, obserwowanie, jak rośnie razem z marką, jak dojrzewa, jak bierze odpowiedzialność – to dla mnie ogromna satysfakcja. Bo nasza marka to nie tylko produkty. To przede wszystkim ludzie.
- Czy pamięta Pani moment, w którym narodził się pomysł na stworzenie marki BANDI? Co było wtedy największym impulsem do działania?
To pytanie zawsze wywołuje u mnie uśmiech, bo gdy marka powstawała, miałam zaledwie cztery lata. Bezpośrednich wspomnień z momentu narodzin pomysłu nie mam, ale znam tę historię z opowieści mojej mamy. Impulsem była przede wszystkim ogromna luka na rynku. W Polsce brakowało wtedy kosmetyków. Mama jako chemiczka, miała wizję i doskonale wiedziała, jak tworzyć kosmetyki. I myślę, że odwaga, by zacząć w czasach, gdy prywatny przemysł dopiero się rodził, ukształtowała charakter marki na kolejne dekady.
- Skąd wzięła się Pani pasja do kosmetyków i pielęgnacji skóry? Czy to była miłość od pierwszego… kremu?
Dorastałam wśród rozmów o recepturach, surowcach i wyzwaniach związanych z prowadzeniem firmy. To było moje naturalne środowisko – dla mnie laboratorium i tematy biznesowe były tak zwyczajne jak dla innych dzieci plac zabaw czy szkolne historie.
Ale paradoksalnie na początku trudno było to nazwać pasją. Wręcz przeciwnie – przez długi czas te „kremy” kojarzyły mi się z tym, że rodzice są bardzo zajęci, że firma pochłania ich czas i energię. Bywało, że brakowało ich na szkolnych wydarzeniach czy w codziennych sprawach. W tamtym momencie bardziej czułam dystans niż fascynację.
Z czasem jednak zaczęłam widzieć drugą stronę tej historii. Słyszałam szczere podziękowania od ludzi, którzy mówili mojej mamie, że jej produkty realnie poprawiły im komfort życia. Widziałam wdzięczność, ulgę, radość. I wtedy zrozumiałam, że kosmetyk to nie jest tylko słoiczek z kremem. To może być coś, co przywraca pewność siebie, pomaga wyjść z kompleksów, daje poczucie zadbania o siebie.
Myślę, że moja relacja z kosmetykami dojrzewała przez całe życie. Przechodziła różne etapy – od buntu, przez obojętność, po świadomy wybór. Dziś wiem, że to jest moja droga. I że właśnie ta możliwość realnego pomagania ludziom poprzez dobrze stworzoną formułę stała się moją prawdziwą pasją.
- Czy pamięta Pani swój pierwszy stworzony kosmetyk? Jakie emocje wtedy Pani towarzyszyły?
Tak, zdecydowanie pamiętam, co to był za produkt. To był zestaw żeli do sonoforezy, produkt przeznaczony do profesjonalnego użytku w salonach kosmetycznych. To był dla mnie projekt szczególny – nie tylko ze względu na formułę, ale przede wszystkim na decyzję, którą wtedy podjęłam. Postanowiłam umieścić go w opakowaniu typu airless. Dziś brzmi to zupełnie naturalnie, ale wtedy był to prawdziwy przełom. W tamtym czasie praktycznie żadna polska marka nie stosowała takich rozwiązań. Klientki były przyzwyczajone do słoiczków i tub – eleganckich, kojarzących się z luksusem. Ja natomiast czułam, że potrzebujemy czegoś nowoczesnego, bardziej funkcjonalnego, innego niż wszystko, co było wtedy na rynku. I znalazłam to w opakowaniu airless, które ma niesamowite zalety: ograniczony dostęp tlenu, lepsza ochrona składników aktywnych, tłok wypychający produkt do końca – bez strat, bez konieczności „rozcinania tuby”, by wydobyć resztki. To było rozwiązanie bardziej higieniczne i efektywne, mimo że kilkukrotnie droższe niż standardowe opakowania. Dlatego kiedy myślę o swoim pierwszym ważnym projekcie, pamiętam nie tylko formułę, ale emocje – odwagę, napięcie, przekonanie, że warto zrobić coś inaczej. I to był moment, w którym naprawdę poczułam, że mam swój własny głos w tej marce.
- Jak przez lata zmieniało się Pani podejście do tworzenia kosmetyków – a co pozostało niezmienne?
Z biegiem lat na pewno zmienił się mój temperament i sposób podejmowania decyzji. Kiedy byłam młodsza, miałam w sobie więcej rzutkości, energii i potrzeby szybkiego działania. Dziś podejmuję decyzje wolniej, z większą rozwagą. Wiem, że niektóre pomysły muszą „odleżeć”, że warto przespać się z trudnym tematem. Pośpiech rzadko jest dobrym doradcą – także w tworzeniu kosmetyków.
Z drugiej strony rynek stał się bardzo dynamiczny i wymagający. To wymusza elastyczność i gotowość do szybkiej reakcji. I tu widzę ogromną siłę naszej firmy – potrafimy adaptować się do zmian. Doskonałym przykładem był czas pandemii. W bardzo krótkim czasie opracowaliśmy i wprowadziliśmy na rynek żele do dezynfekcji, których wtedy dramatycznie brakowało. To była odpowiedź nie tylko na potrzeby konsumentów, ale też na sytuację naszego zespołu – chcieliśmy zapewnić ludziom pracę, poczucie stabilności i sensu w niepewnym czasie.
To, co pozostało niezmienne, to nasze podejście do odpowiedzialności. Niezależnie od tempa rynku zawsze zadajemy sobie pytanie: czy ten produkt jest naprawdę potrzebny? Czy realnie poprawi komfort życia? Ta misja – dbanie o ludzi poprzez dobrze opracowane formuły – nie zmieniła się przez te wszystkie lata.
- Rynek beauty to dziś prawdziwy „gąszcz” trendów i nowości. Czy tworząc markę BANDI, łatwo było zdecydować się na drogę jakości, a nie ilości?
To ciekawe, bo kiedy marka powstawała, sytuacja była zupełnie inna niż dziś. Gdy zaczynała moja mama, nie było „gąszczu trendów” – był raczej ogromny brak produktów na rynku. W tamtych realiach pokusa była zupełnie inna: wypuścić cokolwiek, bo i tak wszystko sprzedawało się bardzo szybko.
Ale mama od początku miała inną wizję. Nie interesowało jej wypełnianie półek „czymkolwiek”. Chciała tworzyć najlepsze produkty, jakie mogła – dlatego inwestowała w dobre maszyny, szukała wysokiej jakości surowców, interesowała się nowymi technologiami. To jej podejście było wpisane w markę od pierwszych lat.
Kiedy ja przejęłam firmę, rynek wyglądał już zupełnie inaczej – dynamiczny, konkurencyjny, pełen nowości. Wiedziałam jednak, że nie jesteśmy i nie będziemy w stanie konkurować z globalnymi koncernami skalą i ilością premier. To nie była nasza droga.
Dla mnie naturalnym wyborem było kontynuowanie wartości, które wprowadziła mama – postawienie na zaawansowane, dopracowane produkty i konsekwentne budowanie marki opartej na jakości. Ilość nigdy nie była naszym celem. Naszą ambicją było i jest tworzenie kosmetyków, które naprawdę mają sens i bronią się same – nawet bez głośnych trendów w tle. Dlatego też, przejmując firmę, świadomie zdecydowałam się wybrać niszę i skoncentrować dystrybucję wyłącznie na kanale profesjonalnym. Wiedziałam, że to właśnie tam nasze kosmetyki zostaną ocenione w najbardziej uczciwy sposób – nie przez pryzmat budżetu reklamowego czy rozpoznawalności marki, ale przez skład, działanie i efekty. Nawet jeśli marka nie była wtedy jeszcze znana, wierzyłam, że kosmetyczki, kosmetolodzy i dermatolodzy docenią naszą jakość. I tak się stało. To właśnie środowisko profesjonalne, swoimi opiniami i rekomendacjami, zbudowało fundament naszej rozpoznawalności. Marketing szeptany specjalistów był pierwszym i najważniejszym filarem rozpoznawalności marki.
- Co dla Pani osobiście oznacza jakość w kosmetykach? Jakie wartości od początku stoją za marką BANDI?
Dla mnie jakość w kosmetykach to przede wszystkim odpowiedzialność. To świadomość, że ktoś powierza nam swoją skórę – często w momencie, gdy zmaga się z problemem, szuka rozwiązania, chce poczuć się lepiej we własnym ciele. To ogromne zaufanie i nie można go zawieźć.
Jakość to nie tylko dobre składniki w formule. To ich odpowiednie stężenie, stabilność, bezpieczeństwo, badania, ale też uczciwa komunikacja. To mówienie prawdy o produkcie – bez przesadnych obietnic i bez podążania za modą tylko dlatego, że jest głośna.
Od początku za marką stały trzy wartości: rzetelność, uczciwość i konsekwencja. Chcieliśmy tworzyć kosmetyki, które naprawdę działają, nawet jeśli nie są najbardziej spektakularne marketingowo. Budować relacje oparte na zaufaniu – z klientkami, z zespołem, z partnerami. Myślę, że to właśnie te wartości pozwoliły nam przetrwać cztery dekady. I nadal są naszym kompasem przy każdej nowej decyzji.
- Gdyby miała Pani opisać BANDI jednym zdaniem – dziś, po 40 latach – jak by ono brzmiało?
BANDI to marka budowana spokojnie, z szacunkiem do skóry i do ludzi – oparta na wiedzy, odpowiedzialności i zaufaniu, które dojrzewało przez lata.
- Co według Pani najbardziej wyróżnia BANDI na tle innych marek kosmetycznych obecnych na rynku?
Myślę, że przede wszystkim wyróżnia nas spokój i konsekwencja. Dzisiejszy świat beauty jest bardzo głośny, szybki, pełen szumu informacyjnego i presji na wyniki. My od lat idziemy własnym tempem. Nie musimy się z nikim ścigać, nie mamy inwestora, któremu trzeba co kwartał udowadniać wzrosty czy realizować narzucone KPI. To daje nam ogromny komfort – możemy skupić się na produkcie, a nie na wyścigu.
Dajemy sobie czas na dopracowanie formuły, na testy stabilności, badania aplikacyjne i aparaturowe. Sprawdzamy realne efekty działania, zanim coś trafi na rynek. Nie przyspieszamy na siłę.
Drugim elementem jest nasze zaplecze merytoryczne i silne korzenie w świecie kosmetyki profesjonalnej. Od początku współpracowaliśmy z kosmetyczkami, kosmetologami i dermatologami. To oni byli naszymi pierwszymi recenzentami. Dzięki temu produkty powstawały nie pod trend, ale pod konkretne potrzeby – często odpowiadały na realne braki na rynku. I ta filozofia towarzyszy nam do dziś.
No i odpowiedzialność. Klienci obdarzają nas zaufaniem i są z nami latami. Nie chcemy tego stracić. Dlatego nie obiecujemy cudów ani spektakularnych efektów „w tydzień”. Wolimy obiecać mniej i pozytywnie zaskoczyć, niż rozczarować. Myślę, że właśnie ta długodystansowość, uczciwość i koncentracja na jakości, a nie marketingowych hasłach, są naszą największą różnicą.
- Czy ma Pani swój osobisty „must have” wśród produktów BANDI?
Tak, zdecydowanie mam taki produkt – i jest nim Emoliencyjne masełko oczyszczające. To mój absolutny wieczorny rytuał. Niezależnie od tego, jak intensywny był dzień, ten moment oczyszczania skóry jest dla mnie symbolem zatrzymania i zadbania o siebie.
Lubię w nim to, że łączy skuteczność z delikatnością. Zmywa makijaż i filtry, a jednocześnie nie pozostawia uczucia ściągnięcia. To właśnie ten rodzaj pielęgnacji, w który wierzę – skutecznej, ale łagodnej.
Oczywiście mam swoje sezonowe ulubione produkty, ale jeśli miałabym wskazać jeden produkt, bez którego naprawdę nie wyobrażam sobie codzienności, to właśnie masełko.
- Po 40 latach prowadzenia marki — co daje Pani największą satysfakcję, a co wciąż najbardziej inspiruje do dalszego działania?
Największą satysfakcję daje mi to, że marka, która zaczynała jako małe, rodzinne przedsięwzięcie, dziś jest dojrzałą organizacją z ponad setką osób na pokładzie – a jednocześnie nie straciła swojego charakteru. Kiedy przejmowałam firmę, pracowało w niej sześć osób. Dziś to duży, zaangażowany zespół. Patrzenie, jak ludzie rozwijają się razem z marką, jak biorą odpowiedzialność, jak współtworzą jej kierunek – to ogromna duma.
Ogromną satysfakcję dają też wiadomości od klientek. Te, w których piszą, że dany produkt poprawił ich komfort życia, że po latach walki z problemem w końcu poczuły ulgę. To momenty, które przypominają, że kosmetyk to nie tylko produkt – to realny wpływ na czyjeś samopoczucie i pewność siebie.
![]()
- Jaką radę dałaby Pani kobietom, które dziś marzą o stworzeniu własnej marki w branży beauty?
Powiedziałabym przede wszystkim: nie budujcie marki szybciej, niż jesteście w stanie ją udźwignąć. W branży beauty wszystko dzieje się bardzo dynamicznie i łatwo ulec presji, żeby działać szybciej, głośniej, bardziej spektakularnie. Tymczasem trwała marka rośnie z konsekwencji, nie z pośpiechu.
Zróbcie jedną rzecz naprawdę dobrze, zanim zrobicie dziesięć przeciętnych. Skupcie się na jakości, na dopracowaniu produktu, na zrozumieniu potrzeb swoich klientek. Trendy będą się zmieniać, ale solidne fundamenty zostają.
I jeszcze jedna rzecz – nie zapominajcie o sobie. Firma potrafi wciągnąć całkowicie, ale żeby prowadzić ją długodystansowo, trzeba mieć w życiu coś poza nią. Równowaga nie jest luksusem, tylko warunkiem wytrwałości.
- Czego możemy życzyć marce BANDI na kolejne lata?
Myślę, że przede wszystkim tego, aby pozostała wierna sobie. Żeby w świecie, który zmienia się coraz szybciej, nie straciła swojego spokoju i konsekwencji. Możemy życzyć jej odwagi do mówienia „nie” temu, co nie jest zgodne z jej wartościami, oraz dalszego zaufania klientek i klientów – bo to największy kapitał, jaki można mieć.